Rektor UWM wspomina swoje studenckie czasy w Kortowie

Student Jerzy Przyborowski przyłapany podczas posiłku w akademiku
Studia w Olsztynie wybrał zauroczony pięknem Kortowa. Jak na studenta przystało, jadał kiepsko, imprezował za to przednio. Do akademika go nie przyjęto, ale nie przeszkadzało mu to w nim... waletować. Z okazji Międzynarodowego Dnia Studenta profesor Jerzy Przyborowski, rektor Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, opowiada o swoich studenckich czasach.

– Jest rok 1983. Jerzy Przyborowski kończy liceum…

– … w Grudziądzu. A konkretnie: I Liceum Ogólnokształcące im. Bolesława Chrobrego w Grudziądzu.

– Po zdanej maturze wybór pada na Kortowo. Dlaczego?

– Zdecydował przypadek. Wiosną przyjechałem do Olsztyna z koleżankami, które chciały studiować na WSP. Postanowiłem zobaczyć, jak wygląda to miasto, bo nigdy wcześniej w nim nie byłem. Najpierw byliśmy na ulicy Żołnierskiej i nie zrobiło to na mnie dobrego wrażenia. Ale potem przyjechaliśmy do Kortowa, bo ktoś nam powiedział, że musimy je koniecznie zobaczyć. Kiedy wszedłem na ten teren przez bramę wjazdową przy dawnym budynku dyrektora szpitala i szedłem przez dzisiejszy plac Cieszyński i pod budynkiem przy placu Łódzkim 3, widząc Kortowo wiosną, pomyślałem sobie: „nigdzie indziej”.

– Pierwsze dni w Kortowie?

– Przyjechałem na egzaminy wstępne i zamieszkałem w akademiku nr 1 z dwoma lub trzema osobami. Już nie pamiętam… Ale pamiętam za to, że egzamin pisemny zdawałem w kinie, czyli dzisiejszej auli im.  prof. Kotera. To był chyba egzamin z języka rosyjskiego. A egzamin z biologii pisałem w auli Gotowca. Jeśli chodzi o egzamin ustny natomiast, to… spóźniłem się .

– Dlaczego?

– Zaspałem. Ale zdałem! I prosto z egzaminów, już jako przyszły student, pojechałem na biwak organizowany przez moich przyjaciół nad jeziorem Zbiczno. Uczciliśmy odpowiednio moje przyjęcie na studia.

 

– Odpocząwszy po biwaku, wraz z początkiem roku akademickiego zaczął Pan studiować rolnictwo.

– Tak, już wcześniej wiedziałem, że chcę studiować ten kierunek, ale myślałem, że wybiorę  Poznań lub Bydgoszcz. Kortowo mnie jednak skutecznie zauroczyło.

– Domyślam się, że niektóre miejsca szczególnie dobrze nadawały się na miejsca spotkań.

– O, tak. Na randkowe spotkania najlepsze było molo i ta pochylona wierzba… Park był wówczas mniej ciekawy niż dzisiaj, bo był trochę zaniedbany. Mieliśmy za to swoje ulubione miejsce przy lesie, gdzie spotykaliśmy się na ogniska przy gitarze.

– Gitarze, na której Pan również grał…

– Tak, to prawda. Grałem, śpiewałem…

– A co najchętniej?

– Stachurę! To były te czasy, kiedy Stachura był bardzo popularny, choć – dzisiaj byśmy powiedzieli – wyklęty, więc jeszcze w czasach licealnych czytaliśmy i śpiewaliśmy jego utwory raczej w tajemnicy.

– Wiem już, co Pan śpiewał, a czego Pan słuchał w czasie studiów?

– Republiki, Maanamu, Perfectu… Pamiętam zresztą, że muzyka tych zespołów towarzyszyła nam już w czasach licealnych, podczas domówek, których organizowaliśmy naprawdę dużo. I, muszę przyznać, że mieliśmy dość szalone pomysły w tym okresie… Jeśli chodzi o zagraniczną muzykę, to lubiłem taką, która nie przeszkadzała mi w tańcu. Podobał mi się np. zespół Scorpions, ale nie przepadałem za hard rockiem. Później, ale to już zdecydowanie później, zachwyciła mnie Metallica. Mam naturę melancholijną, ale w czasach studenckich nie byłem jeszcze tak rozsmakowany w muzyce klasycznej, jak dzisiaj, kiedy muzyki rozrywkowej słucham właściwie wyłącznie w samochodzie. Zresztą, muszę przyznać, że robię to często za sprawą radia UWM FM, ponieważ propozycje naszych radiowców są bardzo ciekawe i wysublimowane. Mam nadzieję, że nie zejdą z tej drogi.

 

– A czy Panu zdarzyło się zejść z drogi przeznaczonej dla pilnych studentów? Dwóje były?

– Oczywiście! Wcale nie byłem takim orłem. Do studiowania podchodziłem racjonalnie. Zaliczałem to, co musiałem, a angażowałem się bardziej w to, co mnie interesowało. Jako absolwent liceum odstawałem pod niektórymi względami od kolegów, którzy kończyli technika rolnicze. Miałem problem np. z mechanizacją rolnictwa, ponieważ nie byłem praktykiem… Ale w tym wypadku zdałem egzamin za pierwszym razem. Dwóję dostałem z żywienia zwierząt.

– Boję się zapytać, czym chciał Pan je karmić… (śmiech)

– Ta dwója wcale nie była taka oczywista i zasłużona, bo nie byłem słaby z tego przedmiotu. To długa historia, lepiej ją zostawić na boku… O, pamiętam jeszcze, że na pierwszym roku dwóję dostałem z biofizyki.

– To był prztyczek w nos dla początkującego studenta?

– Tak, to był jeden z pierwszych egzaminów, więc bardzo to przeżyłem.

- Dzięki takim doświadczeniom lepiej rozumie Pan swoich studentów?

- Oczywiście! I zawsze im powtarzam, że nie ma się co bać tego, że nie zda się w pierwszym terminie. Ta dwója bywa bodźcem.

- Jak w pierwszym terminie została oceniona Pana wiedza z żywienia zwierząt, już wiem. A co z żywieniem samego siebie? Co jadał student Przyborowski?

- To była masakra…

- Jak to? Zupek chińskich wtedy przecież nie było…

- Nie, nie było. I nie było łatwo dostać w tym czasie cokolwiek. Mieliśmy kartki, za które można było sobie wykupić miesięczny abonament na stołówce, więc staliśmy w bardzo długiej kolejce, żeby to załatwić. W sklepach nic nie było… Pamiętam, jak z kolegami kupiliśmy za kartki mnóstwo konserw. Chyba ze trzydzieści. Jadłem je do znudzenia. Do dzisiaj nie mogę patrzeć na konserwy.

- A jak trzeba było coś zrobić samodzielnie do jedzenia na ciepło, to co to było? Chleb w jajku?

- Tak, chleb w jajku robiłem, przygotowywałem też makaron podsmażany z jajkiem. Potrafiłem też sobie przyrządzić jakieś mięso, na przykład żeberka. Wtedy na stancji nie było warunków do gotowania, ale za to dzisiaj lubię to robić i zdarza mi się eksperymentować w kuchni.

- Stancja była wyborem czy koniecznością?

- Pochodziłem z inteligenckiej rodziny i moi rodzice, podobno, za dużo zarabiali, więc przydziału do akademika nie dostawałem… Takie czasy. Mieszkałem na Słonecznym Stoku z kolegami z grupy, ale w akademikach bywałem często i bardzo podobała mi się ta atmosfera.

- Impreza, której Pan nie zapomni do końca życia?

- O, było ich dużo. Ale nie zapomnę jednej. To była Kortowiada. Byłem na drugim roku, a Bój Wydziałów odbywał się w hali sportowej. Było dużo ludzi, było bardzo ciepło, było trochę piwa… Były emocje, był śpiew.

- A wygraliście chociaż ten Bój?

- Oczywiście, przecież to Rolny! (śmiech)

- Miał Pan jakąś ksywkę w tym czasie?

- Nie, chyba nie.

– Trzeba byłoby przepytać kolegów?

– Może tak. Czasem mówiono na mnie „Jura”. A wcześniej, jeszcze w czasach podstawówki i liceum znajomi zwracali się do mnie „Przyborek”.

– Jaką fryzurę miał student Przyborowski?

– Nosiłem nieco dłuższe włosy, takie za ucho. Dzisiaj bym chętnie powrócił do podobnej fryzury, ale – przyznam szczerze – nie mam do tego cierpliwości.

– Te dłuższe włosy były symbolem przynależności do jakiejś subkultury?

– Nie… Może to zabrzmi niezbyt popularnie, ale mam w sobie niechęć do zrzeszania się, wpisywania się w cokolwiek…

– Być może zaważyły na tym czasy, w jakich Pan dorastał?

– Lata osiemdziesiąte były trudnym okresem. Groziła mi nawet relegacja z liceum…

– Z jakiego powodu?

– Nie chciałem w pochodzie pierwszomajowym nieść czerwonej szturmówki. Odmówiłem nie tylko ja, nasza klasa była dość „rogata”. Byliśmy przekonani, że idzie nowe. Choć zostało to później stłumione…

– O tym, że „nowe” idzie powoli i napotyka na przeszkody, przekonał się Pan także wtedy, kiedy chciał Pan wyjechać na praktyki do Szwajcarii.

– Tak, przeszedłem wszystkie formalności, zdałem egzamin z języka niemieckiego, ale nie wyjechałem, bo nie zgodziłem się dołączyć do komunistycznej organizacji studenckiej. Podsunięto mi deklarację, której nie podpisałem, więc nie dostałem zgody na wyjazd. Swoboda podróżowania była tym, o czym marzyłem. Moi znajomi wyjeżdżali później np. na Węgry na handel (do dziś pamiętam szaleństwo na punkcie szamponu zielone jabłuszko!). Ja nie miałem do tego smykałki, więc mnie to nie interesowało. Na praktykę zagraniczną puścili mnie w końcu, o dziwo!, do Związku Radzieckiego, choć nie zmieniłem zdania w sprawie przynależności do komunistycznej organizacji. Paszport dostałem tylko na czas wyjazdu, później musiałem go oddać.

– Paszport na stałe to jedyny obiekt Pańskiego pożądania typowy dla okresu PRL? O „maluchu” Pan nie marzył?

– Nie, zupełnie nie. Egzamin na prawo jazdy zdawałem na studiach. Najpierw na ciągnik. Udało mi się za pierwszym razem. Do dzisiaj pamiętam  cofanie z przyczepą… A do egzaminu na prawo jazdy na samochód podchodziłem dwa razy.

– Porozmawiajmy jeszcze o praktykach studenckich.

– Było ich mnóstwo. Pierwsze na Pozortach. Przeszedłem niezłą szkołę, bo nie byłem przecież praktykiem, tylko chłopakiem po liceum… Druga praktyka, półroczna, odbywała się w Starym Polu. To był wspaniały czas, mieliśmy sporo swobody. Była gitara, były karty do białego rana. Graliśmy w beta. Dzisiaj już nie pamiętam zasad, ale świetnie się przy tym bawiliśmy. Doskonale pamiętam jednak, że od ówczesnego dyrektora ośrodka doradztwa rolniczego, w którym odbywaliśmy praktyki, usłyszałem: „Przyborowski, z ciebie to rolnika nie będzie. Ty możesz być naukowcem”. I tak się stało! (śmiech)

– Praktyki praktykami, a co z wojskiem?

– Przez cały czwarty rok mieliśmy co czwartek zajęcia. Broń rozłożyłem, złożyłem, egzamin zaliczyłem. Ale niezbyt się w to angażowałem, dostałem chyba 3+. Co ciekawe, przydział do odbycia służby w Grudziądzu dostałem dopiero na rok po zakończeniu studiów. W międzyczasie podjąłem pracę na uczelni i wyjechałem na studia doktoranckie do Warszawy. Miałem tam zajęcia w budynku przy Rakowieckiej. Regularnie przechodziłem obok Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Był maj lub czerwiec 1989 roku, kiedy zdecydowałem, że zajdę tam i zapytam, czy nie mógłbym zostać przeniesiony do rezerwy. Do Grudziądza musiałbym jechać we wrześniu, a tymczasem miałem studia w toku i żonę w Olsztynie, która była w tym czasie w ciąży i potrzebowała mojej pomocy. Uznałem, że nie mam nic do stracenia, więc wszedłem do budynku i poprosiłem o rozmowę. Zostałem przyjęty, przedstawiłem swoją sytuację. Zdążyłem już o tym spotkaniu zapomnieć, kiedy kilka tygodni później przyszedł list z informacją, że „prośba obywatela została uwzględniona. Został obywatel przeniesiony do rezerwy”. Przez to, że nie odbyłem tej służby, jestem tylko szeregowym.

– Jest jakiś żal z tym związany?

– Nie, zupełnie nie.

 

– A jeśli chodzi o Kortowo? Czegoś Panu żal? Za czymś Pan tęskni, co pamięta Pan z czasów studenckich, a teraz tego już nie ma?

– Nie, chyba też nie. No, może kina. Nie chodziłem do niego zbyt często, ale było czymś fajnym. Kluby studenckie też wyglądały inaczej, przypominały raczej dyskoteki, a ja bardzo lubiłem tańczyć. Zresztą nadal lubię. Lubię śpiewać, tańczyć, bawić się.

– Odwrócę wcześniejsze pytanie i zapytam jeszcze, czy o coś żal do studenta Przyborowskiego mogli mieć jego rodzice? Czy było coś, do czego się im Pan nie przyznał? Jakiś młodociany wybryk?

– Cóż, było coś takiego… Nie powiedziałem rodzicom o tym, że waletuję w akademiku.

– W którym?

– W „szóstce”. Miałem stancję, ale pomieszkiwałem w akademiku. I zostałem nakryty. Ojciec przyjechał na stancję, ale mnie tam nie było. Znalazł mnie w akademiku.

– Była awantura przy kolegach?

– Nie. Przy kolegach być jej zresztą nie mogło, bo… waletowałem u koleżanek. Nie wiem, czy powinienem to mówić, ale pamiętam, że powiedział mi wtedy: „Bądź rozsądny i nie zrób czegoś głupiego przed ukończeniem studiów”.

– Dopowiedzmy „Baw się dobrze…” na początku, to będziemy mieć z tego niezłą puentę. Dziękuję za rozmowę.

 

Daria Bruszewska-Przytuła